Łączna liczba wyświetleń

piątek, 4 listopada 2016

"cioci Helenie"

Jeszcze chmury takie blade.
Świat, jak martwy, jeszcze żywy.
Na ulicy żadne twarze.
Wszystkie liście takie same,
Ich ażur mgłą spowity.

Odeszło z tego świata kolejne istnienie.
Tak cicho, bezszelestnie.
W głowie tylko tkwi myśl wszystkim,
Że to za wcześnie,
Że to za wcześnie.

Narodzona w dostatku, idylli,
Wychowana już w wojennej zawierusze.
Jedenasta z kolei, siódma córka.
Ciemnowłose piękno, żywa laurka.

Przez życie szła z uśmiechem,
Czarowała swoim unikalnym wdziękiem.
Chętnie obdarowywała każdego
Ciepłym komplementem.

Szczęściem był witany przy niej ranek,
Kiedy ptasia za oknem wrzawa.
Szczęściem było z nią mieszkanie,
Matczyny głos i wypita razem kawa.

Przeszła przez niewidzialną bramę.
Mówimy, że umarła, a my wciąż żyjemy.
Na górze mówią, że oni prawdziwie żyją,
A to my na dole pomrzemy.

Czy przetrwa ciemną śmierć
Tętniąca ochoczo w nas siła,
Co z lodu marmury tworzy
I cień blaskiem wielkim ożywia?

Czy wspomnienie wygra
Z rozsypanym wszędzie żalem?
Zgasisz kiedyś światło i powiesz:
Życie to etap, nie koniec, nie żadne amen.

Czy zaśpiewają ptaki pamięci,
Że nieśmiertelna dotknęła nas siła?
Kiedyś i ja umrę, podczas, gdy dalej
Brzmieć będzie melodia żywa.

Uroni nieraz łzę album i zdjęcie na ścianie,
I ta szara bluzka na krześle przewieszona.
Każda cząstka po niej zostawiona,
Będzie długo płakać w Tobie, że to Ona.

Lecz nadejdzie dzień, kiedy spojrzysz
W bezkres błękitnego nieba
I powiesz spokojnie, że Jej tam dobrze,
Że jej tam nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Każde odejście zostawia nam pouczenie,
Że większość problemów nie jest problemem,
Że waśnie, powinny być skończone,
A relacje tylko z miłością tworzone.

I my mamy swój termin,
I rolę w czasie przez Boga daną.
Mniejsza, czy większa, po równo istotna.
Tylko ile ta rola potrwa? Ile ja sam potrwam?


sobota, 30 stycznia 2016

"Litania przeciw głupim"

Kyrie Eleison, Theos Eleison

Zanurzone w ust czyichś głębi,
Słowo głupiego mnie szalenie gnębi.

Znawcy wielkiego bez wiedzy,
Doktora bez tytułu doktora,
Profesora z tytułem tytułem magistra,
Profesora z tytułem, ale mózgiem kaczora.

I wiejskiej wernyhory, której wiedza
Kończy się po ile dana szynka,
I miejskiej chciwej maciory,
Niepozornej jak ryba stynka.

Zakompleksionej zadzieraczki nosa,
Co radość z innych wyciska
I tępego urzędnika, który swoich
Na urzędy ważne wciska.

Wójta, co zapomniał o powinności,
Czym gospodarzenie
I nieudacznika, rzekomego artystę,
Promującego siebie jak wydarzenie.

Dziennikarza, co za judaszowe srebrniki
Sprzeda się każdemu
I mężczyzny, co wywinie numer
Przyjacielowi wielce zaufanemu.

Lekarza, co nie leczy ludzi,
Lecz koncerny wspiera
I krętacza, który z nudów
Nieprawdę o kimś ludziom wpiera.

Boże Jedyny, od tych uchowaj!

Zamienione słowo w czyn już nie gnębi,
Lecz rozpina mi na krzyżu duszę.
W takim świecie ja się duszę.